|
Historia okradzionego z wody
Jeziora Aralskiego i mieszkańców jego wybrzeży pozbawionych normalnych
warunków życia, jest powszechnie znana opinii światowej. Mało jednak kto
zdaje sobie sprawę z faktu, że już za 20-30 lat jezioro może prawie
zupełnie zniknąć. Już dzisiaj jego powierzchnia wynosi niewiele ponad 28
tys. km². Wszelkie programy renaturalizacji spóźniają się z pomocą nie
tylko środowisku, ale i 3 milionom ludzi zamieszkującym pozbawioną wody
i skażoną strefę ekologicznej katastrofy.
- Ile razy miałeś okazję
widzieć Aral?
- Samo jezioro tylko raz, zaś
okolice wielokroć.
- Rozumiem, że uzbeckie
wybrzeże?
- Tak, ta część Uzbekistanu
nazywa się Karakałpakstan, czyli całe południowe wybrzeże. Północ jest
kazachska. W Karakałpakstanie bywałem dość często, a nad samo morze
dotarłem tylko raz. Widziałem je też z samolotu. Nazywać to morzem jest
pewnym nadużyciem, ponieważ jest to już tylko coś, co z niego pozostało.
Z 69 tys. km² zostało dziś 29 tys., a będzie jeszcze mniejsze.
Oczywiście, ludzie nie idą w ślad za zasoloną, coraz uboższą w rybę
wodą. Chociażby miejscowość Mujnak. Kiedyś była portem. Teraz leży na
środku pustyni i znajduje się 200 km od linii brzegowej.
- Czyli tylko raz miałeś
okazję widzieć wody Aralu?
- Rzadko kto je widzi, bo są
teraz aż 150- 200 km od dawnego brzegu i portu, w którym nadal stoją
okręty.
- Jak to wygląda? Po
środku pustyni, jak fatamorgana, stoi okręt?
- Miejscowi i nie tylko
nazywają to cmentarzyskiem okrętów. W Mujnaku zauważalny jest niewielki
spadek terenu, gdzie kiedyś biegła linia brzegowa. Cały teren byłego
jeziora porośnięty jest trawami. Gleba bardzo słona, więc to już jakoś
determinuje charakter roślinności, która jest bardzo uboga. I tam
właśnie porozrzucane są dziesiątki, setki statków-widm. Niektóre
sprawiają wrażenie, że spadek poziomu wody zaskoczył je wręcz. Jakby
niespodziewanie woda uciekła im spod kila. I tak stoją do dziś. Pomniki
radzieckiej przedsiębiorczości.
- Czy można wyróżnić na
mapie jakąś linię byłych portów?
- Niewątpliwie tak, ja
oczywiście nie pamiętam wszystkich, ale Mujnak jest głównym z nich.
- Ilu mieszkańców liczy
sobie Mujnak?
- Nie jest szczególnie
liczny, około 600-700 mieszkańców. Właściwie jest dużą, podupadającą
wsią. Kiedyś było to tętniące życiem miasto, podobnie jak cały
Karakałpakstan, kiedy jeszcze Amu Daria spokojnie toczyła swoje wody do
jeziora. Rosły tam lasy, w co dziś trudno uwierzyć. Ponoć jeszcze w
latach 60. można było spotkać w nich tygrysy. Dziś zobaczymy tam już
tylko przesoloną pustynię, zaś Mujnak to skupisko chylących się ku
upadkowi budynków, w których pozostali starzy ludzie. Nie mają dokąd
wyjechać.
- Z czego żyje Mujnak,
czym zajmują się jego mieszkańcy?
- Trudno mówić tutaj o życiu,
to właściwie rodzaj wegetacji. Gleba jest tak słona, że nie można jej
uprawiać. Wcześniej ich głównym zajęciem było rybołówstwo, ale dziś, jak
wiadomo, jest to niemożliwe. Żyją głównie z rent, pomocy socjalnych,
nierzadko organizowanych przez organizacje pozarządowe.
- Nie można tam więc
uprawiać nawet bawełny? Nie ma najlichszych choćby działek, sadów?
- Uprawiać nie można nawet
bawełny. Wymaga ona szczególnych warunków, dużej ilości wody, której tam
po prostu nie ma. No i normalnej gleby. Oczywiście glebę można odsalać
małymi fragmentami, ale to wiąże się z jej przemywaniem, wymaga znów
dużej ilości wody.
- Z tego co mówisz wynika,
że nie rośnie tam nic. Jak wygląda gleba?
- Gleba pokryta jest białym
nalotem, dokładnie mówiąc solą. Sól sięga dosyć głęboko. Czerwony Krzyż
organizował badania poświęcone rewitalizacji gleb. Ogólny wniosek ich
starań to stwierdzenie, że karakałpakską glebę należałoby czterokrotnie
przemyć. Na to zdecydowanie nie ma wody. Wszędzie spotyka się więc co
najwyżej karłowate wierzby, kępki traw, jakieś halofity, którym nie
przeszkadza tak duża ilość soli.
- Więc dominujący
krajobraz to kępki traw na piasku?
- To jednak nie zupełnie
pustynny piasek, kiedyś to była gleba. Pod wspomnianym białym proszkiem
leży ciemna warstwa. Tak mniej więcej wygląda cały Karakałpakstan.
Tereny które kiedyś były żyzne, uprawiane.
- Czy prawdą jest, że w
„płynących przez pustynię” kutrach czasem pomieszkują sobie ludzie,
rybacy?
- O niczym takim nie
słyszałem. Ale znalezienie tam mieszkania nie jest szczególnym
problemem, jako że wyjeżdża stamtąd bardzo dużo ludzi. Sytuacja
zdrowotna jest fatalna. Noworodki chore na gigantyzm, matki karmiące
toksycznym mlekiem.
- Podczas swoich
peregrynacji miałeś okazję widzieć Amu Darię?
- Tak. Widzieć, a nawet kąpać
się.
- Czy to wielka rzeka,
rzeka czy rzeczka? Jak porównałbyś ją z Wisłą?
- W większości swojego biegu
Amu Daria jest potężną rzeką, dużo większą od Wisły. Ale jak wiadomo
rozpływa się po okolicznych polach bawełny i do Karakałpakstanu wpływa
coraz cieńsza, zaś do jeziora już rzeczką. Oczywiście nie wszystkie
ramiona delty wyschły.
- Czy najbliższe pola
bawełny są daleko od Mujnaku?
- Około 300-400 kilometrów. W
Karakałpakstanie nie ma bawełny. Nie ma infrastruktury, nie starcza też
pewnie wody. No i wszędobylska sól.
- Czyli dawni rybacy, dziś
bezrobotni, nie mogą zajmować się uprawą bawełny?
- Nie, nie jest to dla nich
żadną alternatywą. Nie mają się dziś czym zajmować. Karakałpacy byli
myśliwymi i rybakami. Nie byli rolnikami. Zresztą nie mają gleby, żeby
ją uprawiać. Nie mają lasów, żeby w nich polować. Nie mają już morza,
żeby w nim łowić. Choć na morzu są jeszcze rybacy. Flota skurczyła się,
bodajże... pięciokrotnie. Zaś morze ma już tylko około 30 tys. km².
- Miałeś okazję zobaczyć
pole uprawne bawełny?
- Tak, ale nie w
Karakałpakstanie, raczej w górnym biegu rzeki, jeszcze w Uzbekistanie.
- Jak to wygląda?
- Ogólnie dość, chciałoby się
powiedzieć, wulgarnie. Ekstensywnie. Jeden ze sposobów irygacji polega
na dostarczaniu roślinom rzeczywiście im potrzebnej ilości wody, a druga
metoda ma charakter zalewowy. W tym ostatnim wariancie woda pokrywa
zupełnie całe pole, jakiś czas stojąc nawet, tak że osmotycznie wyciąga
z zasolonej podskórnej wody sól na powierzchnię. Zalewanie wymaga
regularnego powtarzania, tak aby zmyć sól z powierzchni ziemi, gleby. W
wielu z uzbeckich uprawach bawełny, głównie tych położonych bliżej
Karakałpakstanu, wydawało się, że wody jest dość na prowadzenie tej
rozrzutnej techniki nawadniania. Dziś nie starcze jej nawet dla
wypłukania soli z ziemi.
- Czy miałeś okazję
zobaczyć jak wygląda przeciętny kanał irygacyjny doprowadzający wodę z
Amu Darii w pola? Czy na dnie jest czymś wyłożony, wzmocniony?
- Tak, tak. Widziałem coś
takiego. Są to zwykłe rowy kopane łopatami. Bez jakiegoś wewnętrznego,
powiedzmy, uzbrojenia. Znaczna część wody transportowana z rzeki ucieka
zapewne do ziemi. Część tylko dociera do krzaków i decyduje o ich
dojrzeniu.
- Jak wygląda zbiór
bawełny?
- Zbiera się rękami, takie
pospolite ruszenie, mieszkańcy okolicznych wsi, studenci i uczniowie,
zmuszani do zbierania w „czynie społecznym”. Ręce muszą owijać czymś, co
uchroni je przed poranieniem. Generalnie bardzo ciężka praca, w pełnym
słońcu, cały dzień.
- Co spotyka się idąc
przez pole bawełny? Mam na myśli jakieś gatunki ptaków, czy ssaków. Czy
jest tam życie?
- Na pewno są tam jakieś
owady, skoro dość intensywnie traktuje się uprawy środkami chemicznymi.
Ale trudno tam o ptaki. Raczej panuje cisza. Jest za to jakiś lokalny
gatunek susła.
- Mówiłeś już nieco o
warunkach zdrowotnych tego regionu, czy raczej ich braku. Mógłbyś
rozwinąć nieco tę myśl?
- Ze względu na to, że rzeka
niosła do morza właściwie jakiś rodzaj roztworu chemicznego, który
spływał do niej z pryskanych środkami pól, po wyschnięciu wody osad
został w piasku. Wiatr nosi go dokąd chce. Jest bardzo sucho. Ta
chemiczna, słona zawiesina wisi jakoś w powietrzu. Do tego dochodzi brak
higieny zdrowotnej, brak jodu. Wszyscy właściwie w Karakałpakstanie
cierpią na anemię, połowa dzieci rodzi się z poważnymi schorzeniami,
noworodki często cierpią na gigantyzm. Tuż po urodzeniu ważą 4,5 kg.
Wzrasta ilość zachorowań na raka, choroby układu oddechowego, padaczkę i
zapalenie żołądka.
- No tak. Nie dość tego
poligon doświadczalny na wyspie Odrodzenia. Niezwykły o tyle, że, jak
gdyby nie dość tych wszystkich nieszczęść, był miejscem prób z bronią
biologiczną. Czy dziś to niebezpieczne miejsce jest odcięte jakimś pasem
wody od brzegu? Czy nadal jest wyspą?
- Nie, jest już raczej
półwyspem. Niestety miejscowi do dziś mają mgliste pojęcie o tym co tam
robiono, o jakichś niebezpiecznych drobnoustrojach, być może nieznanych
jeszcze ludziom, a z którymi oni mogą się zetknąć. Dowiadują się od
takich jak my. Trzeba też jednak powiedzieć, że organizacje
międzynarodowe z UNDP na czele włożyły wiele w ratowanie, czy może
łagodzenie skutków wysychania Jeziora Aralskiego. W północnej,
kazachskiej części jeziora wykopano zbiornik wodny, który łagodzi nieco
kontynentalny coraz bardziej klimat. Jest tam więcej opadów. Jest
czyściej, łatwiej się mieszka. Na południu nic takiego póki co nie ma
miejsca. Tak jak mówiłem, miejscowi jednak niewiele wiedzą, chociażby o
wspomnianej wyspie z bombą biologiczną.
- Czy jest ona jakoś
odgrodzona, zabezpieczona?
- Tak, tam prawdopodobnie nie
ma wstępu, ale jakieś zwierzę, czy ptak z łatwością mogą przenieść coś
nowego, nieznany sczep bakterii, wirus.
- Co mówią dziś mieszkańcy
Mujnaku o sytuacji, w której przyszło im się znaleźć, o ZSRR, całym tym
przedsięwzięciu związanym z bawełną?
- Prości i nieświadomi
mieszkańcy Karakałpakstanu do dziś winią za cały ten stan przyrodę. I
mają oczywiście żal, ale nie do własnych władz, a raczej do
obcokrajowców, którzy czasem przyjeżdżają badać, innym razem zwiedzać.
Obwieszeni sprzętem kręcą się po okolicy. Nie jest to widok przyjemny
dla tych, którzy tak naprawdę już nic innego poza wyschniętym morzem nie
zobaczą. Planów i pomysłów na ratowanie Aralu jest bardzo wiele,
poczynając choćby od radzieckiej idei zawrócenia biegu wielkich rzek
syberyjskich, tak by zasilały Aral, a kończąc na ostatnich staraniach
Banku Światowego. Ale w Mujnaku jakoś od lat nic się nie zmienia. Poza
tym, że ubywa ludności i organizowane są wciąż nowe konferencje. Ich
owocem jest wykopany w Kazachstanie zbiornik wodny, więc coś się jednak
dzieje. Zbudowano też kanał doprowadzający wodę bezpośrednio do Mujnaku
z górnego biegu Amu Darii. On jest źródłem wody dla mieszkańców.
- Wspomniałeś, że na Aralu
łowi się jeszcze. Czy są tam więc jakieś miejscowości rybackie?
- Miejscowości takowych nie
ma, jest jakaś nowa szczątkowa infrastruktura. Zostało około 30
jednostek, a wcześniej było ich 120-140. Kto chciałby przeprowadzać się
i mieszkać nad jeziorem, które, wg ostatnich szacunków, ma wyschnąć za
20-30 lat?
- Zrozumiałe. Wiem ze
znasz tamtejsze języki, jak powiesz po karakałpaksku: „nie ma wody”?
- Woda w tym języku to su. A
brak wody to su żok. Czyli „nie ma wody” to po prostu su żok.
|
Jezioro Aralskie – nazywane Morzem Aralskim. Słone, bezodpływowe
jezioro w Uzbekistanie i Kazachstanie. Powierzchnia 28,7 tys.
km², maksymalna głębokość 54 m. Obecnie wysycha na skutek
przerwania dopływu zasilających go wód Syr Darii, a periodycznie
także Amu Darii, wykorzystywanych rabunkowo do nawadniania pól
bawełny. Powierzchnia jeziora od lat 60. zmniejszyła się o
połowę. Jeszcze niedawno było ono czwartym co do wielkości
jeziorem świata, dziś zajmuje ósme miejsce. Rozciągające się nad
byłym morzem ziemie stanowią obszar katastrofy ekologicznej i
społecznej. |
|
Wywiad przeprowadził: Michał Książek |
|